Bieg Śnieżnej Pantery

Zawoja, 14marca, do pokonania było 25km i 1000m przewyższenia w ramach Biegu Śnieżnej Pantery, biegu innego aniżeli wszystkie inne w których dotychczas startowałem. Przede wszystkim dlatego, że to Organizator zapraszał uczestników, starannie ich dobierając. Po drugie dlatego, że nie było ani pomiaru czasu ani ciśnienia na ściganie – tylko bieg dla czystej przyjemności biegania i obcowania z górami. Po trzecie celem było uświadomienie, że Śnieżna Pantera to gatunek zagrożony wyginięciem.


Bazą biegu było Centrum Górskie Korona Ziemi w Zawoji gdzie zlokalizowany był start i meta. Bieg rozpoczął się punktualnie o godzinie 9 a przed samym startem uczestnicy uczcili minutą ciszy pamięć Lucjana Chorążego.
Po gromkim odliczaniu, rozpoczęliśmy bieg stokówką w kierunku stacji narciarskiej Mosorny Groń. Pierwsze kilometry traktuję rozgrzewkowo, biegnę spokojnie, staram się nie szarpać aby nie przypalić za bardzo na samym początku. Przyczepność jest dobra, co ważne nie ma lodu – jedynym utrudnieniem jest konieczność biegu po śladzie samochodu. Dobiegam do tunelu, odbieram pomarańczową opaskę i biegnę spokojnie w dół nie podkręcając tempa. Po drodze mijam Jacka – organizatora, który zamyka trasę biegnąć jako przewodnik niewidomego Jurka.

Po chwili widzę już goprowców wskazujących, że bieg stokówką się kończy, odbijam więc na szlak w kolorze żółtym. Krótki zbieg, szybki trawers i jestem już na mostku który pozwala mi suchą stopą minąć potok Jaworzyna – to ten mostek o którym wspominał ratownik na odprawie prosząc o ostrożność. Szybkie dość strome, krótkie podejście i już przecinam drogę krajową rozpoczynając podbieg i masz czarnym szlakiem na Markowe Szczawiny.

Na początku jest dobrze, szlak prowadzi twardą drogą między zabudowaniami. Po minięciu ostatnich zaczyna się robić coraz ciekawiej i coraz bardziej miękko pod nogami. Mimo to udaje mi się mijać kolejnych zawodników. W okolicach Sulowej Cyrhli zatrzymuję się robię kilka zdjęć uwieczniając przepiękne okoliczności przyrody a krajobraz jest istnie bajkowy. Z każdym kolejnym krokiem robi się coraz ciężej, głównie za sprawą śniegu – nie jest on już tak zwarty jak wcześniej i pomimo, że przede mną trasę pokonało kilkudziesięciu zawodników to jednak jest grząsko. Każdy krok to w rzeczywistości jakieś półtorej kroku doliczając zapadanie się, wygrzebanie i kolejny krok. Mijanie kolejnych uczestników wcale nie jest łatwe, gdyż zejście z założonego szlaku kończy się zazwyczaj zapadnięciem po pas lub głębiej w śniegu.

Docieram do schroniska, gdzie odbieram drugą opaskę tym razem w kolorze zielonym. Chwila wytchnienia i przerwy na złapanie oddechu, w między czasie opróżniam termos z izotoniczną herbatą w wersji race, zagryzam kawałekiem czekolady i jestem gotowy do kolejnej części trasy. Teraz teoretycznie będzie łatwiej, bo biegniemy żółtym szlakiem i cały czas w dół. Niestety nic z tych rzeczy, w dół co prawda jest natomiast biegniemy singlem, w śniegu po kolana co nie ułatwia zadania. Jednakże, pomimo tych technicznych trudności tempo mam dobre, udaje mi się wyprzedzać kolejnych uczestników. Dłuższą chwilę biegnę z zawodnikiem, który na podejściu częstował mnie wodą, a ja Jego w schronisku czekoladą. Niestety zostaje gdzieś z tyłu i przez dłuższą chwilę biegnę sam.

Docieram do niebieskiego szlaku, śnieg gdzieś został w wyższych partiach gór. Krótki podbieg nie taki znowu stromy, jednakże zarówno pokonany dystans oraz warunki sprawiają, że nie mam już siły pokonać go biegnąc więc spokojnie idę. Na wypłaszczeniu, jakoś nadal nie mam wewnętrznego przekonania aby zacząć biec przynajmniej truchtem, próbuję więc sprawdzonej wcześniej metody. Odliczam do dziesięciu i zaczynam powoli biec. W sumie po chwili mam już całkiem dobre tempo przelotowe, mijam Pana przy parkingu, który instruuje, że teraz jeszcze tylko 3km asfaltem w dół. Cisnę ile mogę, ale jestem już mocno zmęczony i czują to również moje nogi.

Dobiegam co Centrum, i w sumie lekka dezorientacja – gdzie jest meta? Szybko rzucam hasło do mijanych osób, które wskazują drogę do wejścia. Już wiem, że to koniec, bo już czeka na mnie Asia z medalem w ręku. Jestem niesamowicie zadowolony, że dane mi było wystartować i jeżeli będzie możliwość z wielką przyjemnością zrobię to za rok.

Ślad

Twój komentarz